poniedziałek, 6 czerwca 2011

Dom pełen słońca



Miało być o wodzie, ale gdy oglądam zdjęcia z weekendu widzę dom skąpany w słońcu.
W ubiegłych dniach go nie zabrakło. W tym świetle wszystko ładniej wygląda, a my dostajemy dawkę energii na przyszły tydzień. Słońce, wypoczynek, śpiew ptaków, pisk dzieci kąpiących się w balii. Odwiedziliśmy też kąpielisko kilka kilometrów od naszej wsi.
W naszej chacie wiszą makatki "świeża woda zdrowia doda". (Na te przeznaczę kiedyś oddzielny post). Kiedyś wspominałam, że gdy zaczęliśmy przyjeżdżać na działkę nie mieliśmy w domu wody. Był tylko kran na podwórzu. Potem mój tata zainstalował nam zlew na dworzu. Dawaliśmy sobie długo radę mówiąc, że przecież poprzedni domownicy musieli się z tym uporać. W "brudnej kuchni" stał stojak z miską. Trzeba było tylko nagrzać wody i ciągle przynosić świeżą do domu. Na dworzu kąpaliśmy się w balii lub robiliśmy prysznic z przewieszonego przez jabłonkę węża. Przez pierwsze sekundy woda była gorąca, potem lodowata. Zmywanie odbywało się na powietrzu . Do prania używałam zabytkowych tarek.
Ale w końcu zdecydowaliśmy się na dobudowanie łazienki. Do domu przylegał "kurnik". Kiedyś ciotka trzymała tu kury. Nam to pomieszczenie służyło za komórkę. Rozebraliśmy przybudówkę, a w to miejsce powstała łazienka i taras.










Oczywiście woda "popłynęła" też tutaj.




Zostańmy jeszcze w kuchni. Jest maleńka, ale mam tu wszystko czego potrzeba do codziennego przygotowywania posiłków. Bardzo lubię tą drobinę. Główne sprzęty to stół i kredens, mój ulubiony mebel w tym domu. Czeka go malowanie, ale kiedy? Półki, niezbyt zręcznie pomalowane, z pojemnikami starymi i sylizowanymi. W sumie każda rzecz tutaj zasługuje na oddzielą fotografię i słowo.










poniedziałek, 30 maja 2011

Woreczki na prezenty


Wczoraj była komunia mojej chrześnicy. Postanowiłam zapakować prezent dla niej we własnoręcznie uszyte woreczki. Powstało również serduszko na pamiątkę. Użyłam białego lnu, kremowych dodatków i nici.


poniedziałek, 9 maja 2011

Wieszak

Z cyklu przed i po. Wieszak za kilkanaście złotych. Kupując mieszkanie zastaliśmy pełną zabudowę przedpokoju. Jest to bardzo praktyczne rozwiązanie, ale efekt jak w biurze. Udało mi się pozbyć wieszaka z płyty , a w jego miejsce zawisł biały z dodatkowymi hakami. Od razu przytulniej.







Wieszak w pierwotnej wersji i moja pracownia w byłym blokowym klubie.


czwartek, 21 kwietnia 2011




Dziś mija 10 lat od naszego ślubu. Trzeba ten okres podsumować jako czas szczęścia, dawanego sobie nawzajem, czas miłości, której owocem jest trójka naszych pociech. To lata nie pozbawione cięższych chwil, ale kto o nich dziś pamięta?
Mówi się, że czas szybko leci, ale ile się się wydarzyło, ile wspólnych wyjazdów, spacerów, zabaw , rozmów, posiłków, kto to wszystko spamięta. Wystarczy spróbować sięgnąć pamięcią o kilka lat wstecz, aby sobie uświadomić jak dawno to było. Mam nadzieję, że wiele się już nauczyłam i kolejne dziesięciolecia będą jeszcze lepsze.
Dostaliśmy od cioci taki oto wspaniały prezent upamiętniający dzisiejszy dzień. Własnoręczna robota, piękna pamiątka.






Obiecaliśmy obie na rocznicę nowe łoże i mimo wielu opóźnień oto jest. Dziś dotarła przesyłka z materacem. Wkrótce zamieszczę więcej zdjęć naszej sypialni.



Życzę Wam wszystkim Wesołych Świąt Wielkanocnych. Rodzinnego ciepła i pokoju.











To moje próby w tworzeniu pisanek. A poniżej niespodziewany i piękny upominek świąteczny od przemiłej anglistki mojej teściowej. Mimo iż Pani nie znam, czuję że jesteśmy bratnimi duszami. Dziękuję i pozdrawiam serdecznie.


wtorek, 12 kwietnia 2011

Uroki wsi



Dzisiejszy dzień napawa optymizmem. Słońce przygrzewa, ustał wiatr, czuć powiew wiosny. Może przyszły weekend uda nam się znów spędzić na wsi. Wyjazdy na działkę są dla nas jak wakacje. To głównie dlatego, że tam zupełnie inaczej  spędza się czas, przede wszystkim bardzo rodzinnie, dzieci są cały czas na powietrzu, robimy ogniska,  spacerujemy, pracujemy w ogrodzie. Każdy taki wyjazd to prawdziwa wyprawa. Zakupy, pakowanie, podróż, wielka przygoda. Każdemu marzy się dom, również nam, ale doceniam taki układ jaki mamy. Mając do dyspozycji podwórko, piaskownicę, huśtawkę na co dzień, myślę, że dzieci szybko by się tym nudziły. Jadąc co tydzień na wieś, o ile pogoda pozwoli, cieszą się tym wszystkim na nowo. Tam nie potrzebujemy telewizora, komputera i innych rzeczy, bez których nie obędzie się w tygodniu. Choć maniakami telewizora akurat nie jesteśmy.
Dziś zdjęcia nieco już przedawnione, ciągle dokonują się jakieś zmiany. Przybyło nas przecież, trzeba było dodać więcej miejsc do spania, ale klimat jest ten sam.



Zdjęcia pochodzą ze skanów, więc nie są najlepszej jakości. Tu widać przygotowane przejście do łazienki, dziś już prowadzą do niej drzwi. Ale muszę jeszcze wszystko sfotografować. Bukowe meble są po mojej prababci, ratowałam wszystko co się dało.





A to nasza mała kuchenka. Ale jest w niej wszystko, co potrzebne. Miska na stojaku i durza balia długo zastępowały nam łazienkę. Będąc na studiach długo broniliśmy tego stanu, radziliśmy też sobie, przyjeżdżając z małym Patrykiem. W ciepłe dni robiliśmy prysznic na dworzu.
Przed remontem, za czasów cioci była to brudna kuchnia, a wcześniej pewnie spiżarnia. Stała tutaj mała koza, na której ciotka gotowała. Teraz piecyk, już nieczynny, stoi w sieni jako ozdoba.




Szkoda, że nie mamy zdjęć jak było tutaj przed wielkimi zmianami.
Pozdrawiam wszystkich i dziękuję za odwiedziny.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Rocznica




Piszę ten post w dniu rocznicy tragedii smoleńskiej. Za pamięć tych, którzy zginęli. Na naszym balkonie powiewa flaga.
Rok temu żegnaliśmy tez naszą kuzynkę Kasię. Niech spoczywa w spokoju.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Po remoncie


Już po remoncie, ale wciąż czegoś brakuje. Czekamy jeszcze na meble do sypialni, spóźnione już trzy tygodnie. W kolejce do malowania stoi w pracowni parę mebelków. Ale nie wszystko pójdzie pod pędzel. W salonie muszę się zadowolić jedynie białymi akcentami.







Uwielbiam kwiaty w wazonie, poprawiają mi nastrój. Szczególnie, gdy za oknem wiosna jedynie prześwituje przez chmury. Za to weekend był wspaniały, spędziliśmy pierwszą noc na działce.

A to salon w nowym pokoju, który przed remontem był biblioteczką. Musieliśmy z niej zrezygnować na rzecz oddzielnych pokoików dla dziewczynek. Trochę skomplikowane.  A dokładniej uprzedni plan był taki, pokój Patryka, który został nie naruszony, ale czeka na malowanie; salon, który będzie sypialnią. Następnie biblioteczka z której wchodziło się do naszej maleńkiej sypialni. Dziewczynki dzieliły razem pokój, który już prezentowałam. Teraz ma go na swoja wyłączność najmłodsza Jagódka. Zabudowaliśmy wejście do najmniejszego pokoiku od strony biblioteki, dodając nowe przesuwane drzwi z pokoiku Jagody, który stał się przechodni. Ostatni pokój to teraz królestwo Weroniki. Jako starsza dostała niezależny teren, może być spokojna o swoje skarby, a już niedługo o zeszyty i książki szkolne. A gdy dziewczynki chcą, mogą się bawić wspólnie, a dzięki bliskiemu sąsiedztwu zabawki nie są roznoszoną po całym mieszkaniu. 
Postaram się pokazać wszystko po kolei. Zdecydowałam się na wymalowanie  ścian we wszystkich pokojach jednym kolorem. Na biały zabrakło odwagi, wybór padł na jasny beż.





Ta komoda pochodzi z domu na wsi. Jedyna rzecz, która  stamtąd wyjechała, od początku miałam na nią ochotę, ale też  jednocześnie to mebel, którego byłoby mi najbardziej szkoda, gdybyśmy odpukać, odnieśli jakieś straty. Wiadomo, drewniany dom na wsi, choć już teraz jesteśmy trochę spokojniejsi po wycięciu brzozy, która rosła 1,5 m od domu. 





Taki stół marzy mi się w kuchni, z białymi nogami i przecieranymi krzesłami. Tego mi szkoda, to lity dąb, jeden z dwóch staroci w naszym domu po fachowej renowacji.  Może krzesła trafią pod pędzel, ale wymagają dużo pracy.





Kącik do czytania prosi się o dobrą lampę. I koniecznie muszę pomyśleć o firankach czy zasłonach na boki, by przysłoniły kaloryfer. Okno pozostanie odkryte, mamy tu piękny widok na pole.



środa, 30 marca 2011

Czas na wieś




Dwa Domy. Trochę zaniedbałam na blogu ten na wsi, ale już wiosna, już wyczekujemy cieplejszych dni, by móc spędzić tam pierwszy weekend, rozpalić ognisko, pooddychać świeżym powietrzem. Tak jak my, tęsknią też dzieci. Dla nich to co rok wielka przygoda. Zabawki i wszystkie kąty do odkrycia po raz kolejny. Dla dwuletniej Jagódki to nowy świat, bo pewnie nie pamięta pobytów sprzed zimy. Teraz już bardziej samodzielna, będzie podbijała podwórko i dom.

Pokażę parę zdjęć obrazujących przemianę naszej letniej ostoi. Zdjęcie u góry, najprawdopodobniej z 59 roku, to jedyna stara pamiątka z wizerunkiem naszej chaty, pokrytej jeszcze strzechą. Na fotografii ciotka mojego męża, która mieszkała tutaj do 1988 roku.
Ale od początku. Nie wiemy ile dokładnie lat liczy dom. W obecne miejsce był przeniesiony z pobliskiej wsi na początku XX wieku. Tutaj urodził się dziadek męża.
Chata nosi ślady przenosin, belki ponumerowane są kolejno ponacinanymi kreskami, które ułatwiały odtwarzanie konstrukcji. Widoczne są ślady sztukowań. Dom zbudowany jest z sieni i magazynku, w którym urządziliśmy kuchnię oraz dwóch izb. Pierwotnie większa tzw. biała izba pełniła funkcje reprezentacyjne. Druga, czarna była częścią mieszkalną.
Rodzina po wojnie rozjechała się po Polsce, w poszukiwaniu lepszego życia. Na gospodarstwie pozostała samotna ciotka, opuszczona przez męża. Wokół tego tematu krążą różne opowiastki, jednak tajemnica została zabrana do grobu. Janina spędziła tu resztę życia, ciesząc się szacunkiem we wsi. To u niej w domu co roku wszyscy mieszkańcy zbierali się z wielkanocnymi koszami na święcenie. W kilka lat po jej śmierci rodzice męża postanowili zaadaptować działkę na letnisko. Ich prace skupiły się głównie na zagospodarowaniu zieleni. Nie było to łatwe, bo za życia ciotki były tu kury, a więc podwórko było typowo wiejskie, z krzewami, ogródkami, zawalone wszystkim, czego szkoda było wyrzucić. Udało się wynegocjować oddzielny dojazd do działki, gdyż wcześniej można tu było dojść ścieżką przez ziemię sąsiada tuż przed jego domem.




Tutaj dom jaki pamiętam z pierwszych odwiedzin na wsi. (Dach kryty czarną papą najprawdopodobniej od lat 60-tych.) Było to za czasów panieńskich, mąż wiedział, że lubię starocie i przewidział, że widok mnie oczaruje. I zakochałam się od pierwszego wejrzenia.
Po kilku pobytach tutaj już widziałam oczami wyobraźni jak ten dom odżywa.
A w następne lato wzięliśmy dłuta w ręce i zaczęło się.




Pokój, który najwyraźniej był uczęszczany od święta, łuszczył się od wielu warstw farb,we wszystkich możliwych kolorach. Ściany zdobiły wzorki z rolki modne w latach 70-tych. Wiele desek po odkryciu okazała się być w kiepskim stanie, ubytki pozalepiane były gliną, która kruszała, ale to nas nie zraziło. Szczeliny uszczelnione są mchem i gliną. Konstrukcja domu jest zdrowa. Można podziwiać dawne techniki obróbki drewna. Bale odpowiednio osuszone i kąpane w solankach przetrwają jeszcze wiele lat. 




Dom okazał się prawdziwą kopalnią skarbów. Ciotka nie miała potomstwa, nikt nie namawiał jej na "modne" segmenty i sprzęty, którymi ludzie na wsiach chętnie zastępowali wiekowe meble. Zachowały się szafy, kredensy, gliniane garnki. Z radością w oczach odkrywałam piękne przedmioty.
Pod ceratą okrywającą stół, był szydełkowy obrus. Na strychu kolejne gliniane naczynia. W szafach wyszywane makatki, w "kurniku", który służył za komórkę, wezgłowia do łóżka, kuchenne półeczki.
Wszystko to czyściłam i eksponowałam na światło dzienne. Każdy przedmiot znalazł swoje miejsc.
Tu się mogłam realizować. Ale przede wszystkim wspólną pracą stworzyliśmy miejsce do odpoczynku, spotkań z rodziną i ze znajomymi.  Miejsce, które dla naszych dzieci jest jak drugi dom.